Zajęcia z improwizacji to takie trochę laboratorium. Stajemy przed różnymi wyzwaniami, wcielamy się w role, próbujemy nowych zachowań i choć większość rzeczy, które tam robimy, przypomina codzienne życie, łatwiej nam w tych warunkach dostrzec, z czym przyszliśmy. Jako że to laboratorium, nie musimy mierzyć się z konsekwencjami naszych wyborów, a to sprawia, że łatwiej wychodzimy z lub w ogóle zauważamy schematy naszego działania.
Oto zdania, które często słyszę po pierwszych zajęciach impro:
- “Pierwszy raz, od 20 lat, zacząłem się znów wygłupiać”,
- “Nie sądziłam, że umiem tak się postawić”,
- “Jezu, jednocześnie jakoś mi głupio, że tak krzyknąłem, a z drugiej strony czuję, że to było właściwe”,
- “Nie wierzę! Można w tym wieku bawić się jak dziecko!”
Na zajęcia impro każdy z czymś przychodzi. Nie oceniamy się za to, jacy jesteśmy, tylko testujemy na sobie kolejne rzeczy i radujemy z postępów, które - dzięki zabawie - często przychodzą prędzej, niż później. Żeby nie było, że zajęcia z impro to wieczne testy i mozolne przechodzenie przez kolejne warstwy strefy komfortu. To, co dadzą ci takie zajęcia, to też całkowity reset. Czeka cię tam taka ilość głupkowatych zadań, śmiechu i zaskoczeń, że temat rozwojowy szybko stanie się tłem. I właśnie wtedy, gdy dasz się ponieść tej zabawie i otworzysz na spontaniczność, zaczną dziać się cuda (zwane zmianami) w sferze rozwojowej.
Najczęściej wymieniane zmiany, które zachodzą już po kilku treningach impro to:
Dla wielu osób improwizacja staje się też po prostu nowym hobby, które dodaje do życia zupełnie nowe wymiary. Środowisko impro w Polsce jest już naprawdę spore. W każdym większym mieście - i coraz częściej w mniejszych - aktywnie działa wiele grup impro, powstają kolejne szkoły, z roku na rok przybywa trenerów, a więc można chodzić na występy i dżemy, uczęszczać na zajęcia, liczne warsztaty, tworzyć grupy, występować, jeździć na festiwale (w Polsce i na całym świecie) i nawet na nich grać.